nie bój się burzy
burza boi się ciebie
warczy grozi ucieka
w
snach ludzi biednych i zapomnianych
pojawia się głos z ambony
twarz ze świętych obrazów
w moim śnie zwykle pojawiam się sam
nieudacznikiem jestem żadnym tam bogiem
ciągle gdzieś gonię i czegoś szukam
w oparach absurdu i abstrakcji
brakuje mi snów erotycznych
przekroczyłem ustawowy limit wieku
renta ani dodatek pielęgnacyjny
nie zrekompensują tego braku
o zawirowania wyobraźni
podejrzewam Pegasusa
zbyt często dostaję po łapach
nie w głowie mi obciążać za to Boga
sam jestem zmuszony wyjaśniać
czy już umarłem czy jestem w trakcie
czy wciąż jeszcze odkładam śmierć
na czas po
budzą mnie wgniecenia na pościeli
o które sam siebie nie podejrzewam
domyślam się
że to anioł znów podstawił mi nogę
a diabeł jak to diabeł
panoszy się w satynie
trzymając się za brzuch ze śmiechu
nie szalej wariacie
nie szalej
po co ci ona
jest tyle innych
z którymi...
dla których...
które...
wybacz
zabrakło mi słów
niedawno jeszcze pamiętałem
no dobrze
szalej wariacie
s z a l e j
czekam na wyczuwalny mały znak
żeby móc wzlecieć w niebo niczym ptak
zmienić świat jak skrzydlaty jasny duch
mocą słów
wyszeptanych słów
ciągle śnię że powrócą tamte dni
kiedy szept zastępował głośny krzyk
kiedy w snach przelatywał biały ptak
a ty z nim
a ty razem z nim
słucham jak pamięć wsiąka w ściany
złudzeniem szeptów je oplata
i boję się pomruków nocy
straszących ludzi końcem świata
zatykam uszy by nie słyszeć
kiedy nad ranem wiatr pijany
wykrusza cegłę pazurami
bezkarnie rozdmuchując ciszę
dziś już wiem
dziś mi głupio dziś mi wstyd
chciałbym wyć do księżyca tak jak wilk
przełknąć łzę i ożywić wszystko znów
mocą słów
kilku ważnych słów
męczy mnie ta bezradność smutnych ścian
marzę wciąż o tym czego dziś mi brak
chwili gdy wróci tamten biały ptak
a ty z nim
a ty razem z nim
gdy przez pokój przechodzi życie
w środku nocy świeci słońce
ciemność dojrzewa jak egzotyczny owoc
o niepoznanym wcześniej smaku i aromacie
przewrócony kieliszek wina
nie wszystko potrafi zrozumieć
świat należał zawsze do niego
teraz z poddańczym lękiem zerka
na drugi stojący nad nim
opróżniony do połowy
smużki dymu z papierosa
splatają się w ikebanę
tańczą na wygaszonej scenie
jak trawy obudzone podmuchem
to nic że kołyszą się ściany
drży podłoga
zatrzymują się wskazówki zegara
jeśli życie zechce zatrzymać się tu do rana
i nie ucieknie zbyt szybko
ekspres do kawy zaakceptuje
widok drugiej filiżanki
nie będzie już tak gderliwy
może nawet coś zanuci
w świecie z metalu
w świecie z marmuru
w świecie ze szkła
zazdroszcząc drzewom
na których siada
przelotny ptak
spijając krople
w których czasami
trafia się sól
spijając zieleń
pobliskich lasów
pobliskich pól
wpatrzony w siebie
wpatrzony w słowo
wpatrzony w czas
w szept przenoszony
magiczną mową
odległych gwiazd
w to co już było
w to co nadejdzie
co właśnie trwa
w zieloność przeczuć
w mroczną podczerwień
krótkiego JA
chciałabyś
wiem
ja także chcę
lecz chcieć to ciągle za mało
potrzeba jeszcze
słów co jak dreszcze
pobudzą uśpione ciało
chciałbym
ja też
ty dobrze wiesz
o czym tak krzyczę milczeniem
brakuje słów
wśród chorych snów
znikają w mroku jak cienie
chciałbym i ja
nie tylko w snach
przebić te mury zmurszałe
przeniknąć je
przebudzić się
ocieplić stygnące ciało
chciałbym
ty wiesz
poczuć ten dreszcz
ciepło spojrzenia i dotyk
czekam na znak
bezbronny jak
niemowlę głodne pieszczoty
zdejmij mnie z wieszaka
zaśniedziałego
strzep szary smutek
zdmuchnij czas
przymierz do siebie
załóż
zaciśnij na piersiach
na biodrach
na sercu
mocno znoszonym
z plamami
przetarciami
śladami używalności
przebudzony
z jesiennego chłodu
wydarty cieniom
poczuję że biorę
że znowu daję
jesienny chłód
jesienne ciepło
jesienny dotyk
jeśli nie zdecydujesz się
pójść za głosem serca
ten głos podąży za tobą
wybacz
jeśli pomyli drogę