a tamto słowo
gdzieś krywane
w diabelskim kotle
w czarnej smole
oczekiwało
na ten ranek
gdy je uwolnię
gdy wyzwolę
i przyszło to
co przyjść musiało
nagle zerwało się
jak motyl
zrzuciło lęki
i nieśmiałość
wystarczył szept
wystarczył dotyk
a tamto słowo
gdzieś krywane
w diabelskim kotle
w czarnej smole
oczekiwało
na ten ranek
gdy je uwolnię
gdy wyzwolę
i przyszło to
co przyjść musiało
nagle zerwało się
jak motyl
zrzuciło lęki
i nieśmiałość
wystarczył szept
wystarczył dotyk
fruwałaś tu przed laty
wesoła
lekka
młoda
byłaś wtedy motylem
nie pytaj
co to znaczy
wciąż błąkasz się
wsród kawiatów
przechadzasz się w ogrodach
dotykasz laską liści
pożółkłych
i proroczych
Był sobie świat i baba
bardzo starzy oboje
on mocno już wiekowy
ona jeszcze do rzeczy
on stygnący powoli
u niej wciąż nowe stroje
I myśli pełne pragnień
co ważne
wciąż kobiecych
w inkrustowanych
złotych ramach
światło
uwalnia się z niebytu
I twarz kruszeje jak od soli
spękany werniks cieszy
pięknem
spoglądasz w lustro
twarz ta sama
nadmiarem zmarszczek
mocno zryta
tu już nie cieszy
bardziej boli
ta ilość
artystycznych pęknięć
Na wyspie Bara Bara
w Archipelagu Westchnień
codziennie jakaś para
piskami barwi
przestrzeń
a my wsłuchani w ściany
nurzamy się w domysłach
po których dreszcze mamy
bo taka to już wyspa
jaskółcze stado
głosi wieczną radość
pies za ogonem
w pogoni szalonej
na szybie dźwięki
deszczowej piosenki
skrzydlate chwile
w spirali motylej
wciąż się zachwycam
fazami księżyca
ty głodna wrażeń
tworzysz własną fazę
w szczęściu niewielkim
spijamy kropelki
zanim ustanie
ciche rozśpiewanie
pod gniazdem kosa
coś jak słona rosa
to wierzba płacze
nie umie inaczej
Jak tu wyznać miłość damie?
Chciałbym wierszem, wzorem tamtych,
niczym Julian lub Konstanty,
a to nazbyt trudne dla mnie.
Będzie fraszka z drugim dnem,
godna wyznań z górnych półek:
Kocham Panią, Pani Sułek.
Cicho! Wiem.
A ja dzisiejszy?
Gdzieś wśród betonu,
gdzieś w aluminium,
w domu ze szkła.
A ja prawdziwy?
Gdzieś w tamtym przedtem,
gdzieś w tamtym potem,
gdzieś w tamtym za.
w wolumenach
w oprawach skórzanych
drzwi
za nimi schody
do nieba
mleczna droga
nad wyspą nieznaną
inny czas
inny świat
alter ego
wąskotorowy sen
z którego drzwiami
walczyłem
na śmierć i życie
z odbiciem twojej twarzy
w oknie przedziału
wypluł mnie na tory
na trudno zmywalny
smar podkładów
po zakleszczenie powiek
po niegojące się
zadrapania i blizny
odjechał
z tego samego peronu
co zawsze
według nie do końca czytelnego
rozkładu
beze mnie
będą cię sądzić bo sądzą każdego
ci co niewinni i ci co zbrukani
z ludzkiej zawiści uplotą arkana
zacisną pętlę na szyi ofiary
będą cię sądzić bo ludzką to rzeczą
wybielać siebie potępiając innych
będą cię sądzić i będą oceniać
znajdą skaleczą pozostawią blizny
będą cię sądzić bo każda miernota
ma w sobie skazę samozwańczej chwały
na gruzach które po sobie zostawisz
sklecą naprędce własne piedestały
gdy tak jak inni w wyrocznię się zmienisz
oceń sam siebie nim rzucisz kamieniem