wtorek, 17 lutego 2026

Chwile najprostsze

 

nie starcza nam to co już mamy
co znamy
co wiemy
co chcemy 
w zamknięte wkradamy się bramy
by poczuć doświadczyć odmienić

nie warto niczego odwlekać
co kryje się w chwilach najprostszych
gdy człowiek się uczy człowieka
gdy nagość się uczy nagości

te bramy każdemu sądzone
tym z tarczą i tym co na tarczy
niewiele tam uda się donieść
a przecież
powinno wystarczyć

przejdziemy przez nie
ty prosto z pałacu
ja z bezdomności opartej o niebo
mateńka ziemia przygarnie każdego
nie będzie pytać
kto ile i za co

czwartek, 5 lutego 2026

Gdyby ciebie nie było

 

gdyby ciebie nie było

nic by się nie stało

ptak za oknem tak samo witałby się z szybą

pierogi na patelni znów by zbrązowiały

maskując kruche serca rumieńcem wstydliwym

podarta kartka z wierszem zasnęłaby w koszu

powieki by poległy w walce ze znużeniem

gapiąc się w film wybrany specjalnie dla ciebie

choć cieniem tylko bywasz na tej nocnej scenie

lustro ściga mnie wzrokiem gdy na dłużej znikasz

jeszcze bardziej lustrzane przesadną powagą

nie chcę mu się tłumaczyć i nie odpowiadam

potrafi być namolne

gdy wyczuje słabość


gdyby ciebie nie było

wymyśliłbym inną

lecz co by to zmieniło skoro nie masz twarzy

jesteś westchnieniem nocy co kradnie bezsenność

modlitwą zawieszoną pod mglistym ołtarzem

zakładką pośród książek na wiecznym dyżurze

wierszem który powraca by wraz ze mną zasnąć

lampą klamką poduszką kryształową kulą

listem z krainy marzeń kromką chleba z masłem

kalendarzem z którego nikt nie zrywa kartek

albumem gromadzącym nieulotne chwile

wiem że to niezbyt dużo lecz musi wystarczyć

tylko i bardzo tylko

tyle i aż tyle



wtorek, 3 lutego 2026

Oparty o niebo

 


pamiętam stopę

na górskim kamieniu

i prośbę źródła

bym się tak nie spieszył

kuszącą srebrem

pięciolinię szczytów

głodnych melodii

które skraplał wieczór


pamiętam jeszcze

dostojną koronę

na siwej skroni

zawierzonej śniegom

i to wyzwanie

którym mnie kusiła

skalista hardość

oparta o niebo


pamiętam czarne

kołujące cienie

znaczące niebo literami

które

splotły się w locie

i sfrunęły słowem

na białą kartkę

razem z orlim piórem


pamiętam jęki

zmęczonego wiatru

i śpiew gałęzi

wysoko na drzewie


ciebie nie było

gdy rodził się wiersz

choć…

może jednak

sam już teraz nie wiem






Kraina cieni

 tak się bałaś

że gdy spadną komety

to pod stopą zatrzęsie się ziemia

że sfruniemy z odległej planety

po kolejną złudę istnienia

po ten dotyk co całkiem bezkarnie

tłamsi duszę w niewoli ciała

po ten lęk który gasi latarnie


bo nie chciałaś

choć przecież chciałaś


nie umiałem

nie śmiałem

nie mogłem

w swoich lękach nie byłaś lepsza

zamykałem okiennice powiek

przed powiewem świeżego powietrza

unikałem twojego spojrzenia

śmiałych myśli też unikałem

niczym przybysz z krainy cieni


bo nie chciałem

choć przecież chciałem


ciągle jeszcze tak trudno uwierzyć

że gdy przyjdzie nam zderzyć się w locie

to powróci życie na ziemi

w tym bezludnym pozornie kosmosie

że nieśmiałe przelotne spojrzenie

może wzniecić iskiereczkę małą

i się stanie gorącym płomieniem


przeczuwałaś

ja też przeczuwałem




Ostatnie tango

 w ścianie luster

przypowieść zaklęta

jesień z wiosną

w miłosnych

objęciach

nie czas tańca przerywać

nie teraz

rytm wytracać

pokornieć

umierać


na suficie

kryształowe niebo

zarys nutek

tanga ostatniego

dwa odbite

od parkietu cienie

na stygnącej

księżycowej scenie


w lustrze okien

pośród innych twarzy

zarys źrenic

księżyca srebrnego

zwilgotniałych

on też pewnie marzy

o sonacie

stworzonej dla niego


ta melodia ma oczy 

i dłonie

zarys bioder

pragnienia spocone

bose stopy

obłoków deptanie

zdejmij gorset

chcę poczuć ten taniec




niedziela, 25 stycznia 2026

MAGIA TRZECH LITER

 

nazwałem wiersz twoim imieniem
i świat się zaśmiał
ten mój świat
jakby kruszyły się kamienie
wydarte ze stwardniałych dat

nazwałem wiersz tym co mi drogie
dodałem rym i kilka nut 
teraz unosi się nad progiem
czeka aż wejdziesz
w ten mój próg

wiersz ten ukryłem pod imieniem
a sam pod maską kryję twarz
choć wiem
że nie ma to znaczenia
bo twarz spod maski
dobrze znasz

nazwałem wiersz tym co ukryte
bym kiedyś go odnaleźć mógł
i strzepnął kurz z różańca liter
co źródłem
wiekopomnych słów

dodałem jeszcze płomyk marzeń
w smugę zmieniłem
szept i krzyk
i teraz świecą jak w lichtarzu
te trzy litery
tylko trzy

i lewituje barwnym dźwiękiem
nutami nut i tęczą tęcz
ten wiersz
co chciałby mnie wyręczyć
w wyznaniu które…

zresztą wiesz


KAMIENNE KWIATY

 

tak
chyba tak
na pewno tak
z tamtej krainy przychodzę
na butach kurz
na butach ślad
kamieni zdeptanych w drodze

chyba mnie znasz
lepiej niż ja
po martwych oczach poznałaś
stłumiony blask
kamienna twarz
serce bezdźwięczne jak skała

nie słychać go
choć rytm swój gra
całkiem nieznany światu
serce przybyszów
takich jak ja
z krainy kamiennych kwiatów

chyba mnie znasz
a jeśli nie
próbuj udawać że może
dobry i ten
kamienny kwiat
skoro kamienne przestworza

przychodzę tu
z innego snu
i wciąż o twoim marzę
a to marzenie
to ocieplenie
na skamieniałej twarzy